sobota, 14 lipca 2012

Numer 42- Om Shanti Om

Trochę się w sumie zdziwiłam, widząc na liście 100 najlepszych filmów dekady produkcję bollywoodzką. Stwierdziłam- skoro jest tutaj, musi być dobry.  Przyznaję, że nie jestem może bolly-maniaczką. Kiedyś byłam. Ale od czasu do czasu wracam do tych filmów. Właśnie dlatego od niego zaczełam moją stufilmową wędrówkę.


To scena z piosenki Dewangi Dewangi, w której wystąpiła plejada ponad 30 indysjkich aktorów i aktorek. Coś takiego po raz pierwszy w kinie Bolly.

A tu kadr z genialnej sceny z balu maskowego, odnosząca się do Upiora w Operze. Warto obejrzeć chociaż ten fragment filmu, gwarantuję:)


Om Shanti Om z 2007 roku, produkcja Farah Khan znanej z Jestem przy tobie, oraz genialnej choreografii do Gdyby jutra nie było, Chalte chalte czy mojego ukochanego Czasem słońce czasem deszcz. Cóż, i tutaj się spisała. Wszyscy, gdziekolwiek nie zajrzałam, Om Shanti chwalą. Że przepych, że zwroty akcji, że plejada bolly-aktorów, że piosenki wpadają w ucho. Hm...

Muszę przyznać, że pierwsza połowa filmu mnie nudziła. Shah Rukh Khan grał idiotę, było dużo dziwnych scen, wszystko rodem ze starego, nieco dziwnego kina indyjskiego. Tu pies jest pogrzebany. Czytając potem o tym filmie dowiedziałam się, że film naszpikowany jest odniesieniami do historii kina Bolly. Pierwsza część, rozgrywająca się w 1977 roku, to odniesienie do przeszłości. Druga część, ta z 2007 roku- to współczesne kino Bollywood. Brawo, Farah. Szczerze mówiąc, to po tym gatunku filmowym nie spodziewałabym się czegoś ponad prostą historię miłosną.

No bo zastanówcie się. Jak wam mówią film bollywood, to co wam pierwsze przychodzi na myśl? Nieco kiczowata historia miłosna, żeby nie powiedzieć- tandetna- z przejaskrawionymi postaciami, historiami i dialogami, mnóstwem łez, przeciągania "wzruszajacych" scen i dużą ilością tańca, śpiewu, kolorowych strojów. Taka prawda. Wszyscy od tych filmów oczekujemy miłosci, tańca i dobrego zakończenia.

Tutaj historia miłosna jest tylko tłem, pretekstem możnaby rzec- przynajmniej dla mnie. Odnajdujemy tu dreszczowiec, film grozy, kryminał, akcję. Wszystko naraz! Ale i tak nie dlatego podoba mi się Om Shanti Om.

Ja filmy bolly lubię i oglądam dla scen taneczno-wokalnych. Te stroje, przepych, przepiękne aktorki- w tym wrednym, szarym, pełnym problemów i stresów świecie dobrze jest czasem obejrzeć jakąś kolorową mrzonkę i trochę się pośmiać. A Om Shanti to ma. Piosenki wpadają w ucho- W Dewangi Dewangi (które teraz ciągle mi chodzi po głowie) występuje ponad 30 indyjskich aktorów i aktorek. Jeśli jesteś bollymaniakiem i znasz trochę tych filmów, możesz się pobawić w odgadywanie gestów, spojrzeń i przypisaywanie ich do konkret nych filmów.

Niezła, zabawna i intersująca jest scena nominacji, natomiast scena na balu maskowym- Genialna wokalnie i tanecznie. Wszyscy tam widzą odniesienie do Upiora w operze, ale ja bym do tych skojarzeń dołączyła jeszcze Hamleta- ale to ja:)

Generalnie- polecam. Pierwsza część się dłuży, drugiej- nie zauważysz jak zleci ci 3 godziny. Ciekawa konwencja, zabawne momenty, budowanie napięcia- czyli zwrot o 180 stopni.

Zacne, milordzie! Om Shanti ma mój plus.
Abbs

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz